Kiedy rok temu zaczynałam przygodę z pracą „na swoim”, towarzyszył mi szereg wyobrażeń na temat własnego biznesu. Dziś wiem, że obraz, który miałam w głowie, był daleki od rzeczywistości. Szybko okazało się, że zanim założyłam firmę, niewiele o niej wiedziałam 🙂

Firma to więcej czasu wolnego

W prowadzeniu firmy ceniłam możliwość samodzielnego zarządzania czasem. To pozwala na bardziej efektywne jego wykorzystanie, poświęcenie większej ilości czasu na odpoczynek, czy hobby. I rzeczywiście, zdarza mi się pracować 5 godzin, zamiast ośmiu, czy też wyjść na trening w środku dnia. Ostatecznie jednak zaangażowanie we własny biznes jest nieporównywalne do tego na etacie. Oznacza to, że w pracy jestem prawie zawsze i zamiast zamknąć komputer o 16-stej, wieczorem jeszcze sprawdzam maile, czy przygotowuję się na kolejny dzień. Po roku i pewnym zmęczeniu materiału, uczę się unikać pracy non stop. Nie zmienia to jednak faktu ciągłej obecności firmy w mojej głowie.

Będę miała większą decyzyjność

Jak odchodziłam z etatu, największą radość sprawiała mi myśl o tym, że wreszcie będę mogła samodzielnie podejmować decyzje i nie będę musiała słuchać osób w mojej opinii niekompetentnych. W ciągu roku bardzo zmieniło się moje postrzeganie celów biznesowych, a podejmowanie decyzji okazało się znacznie trudniejsze. Zupełnie inaczej postrzega się swoją pracę, kiedy każde działanie ma wpływ na zawartość Twojego portfela. Decyzje stają się mniej emocjonalne, podejmujesz je na zimno, nie sugerując się swoimi odczuciami, a twardymi danymi zawartymi w pliku excel.

Zarobię więcej!

Tu miałam cześciowo rację! Moja sytuacja materialna od czasu założenia działalności znacznie poprawiła się. Mam dodatkowo to szczęście, że umowy, które podpisuję dotyczą powtarzalnych usług i jestem w stanie oszacować swoje przychody w kolejnych miesiącach. Niemniej jednak zupełnie inaczej patrzy się na dochody firmy, niż na stałą, pewną wypłatę. Temat jest zawiły z trzech powodów:

  • Niepłacący klienci. Na palcach jednej ręki mogę wymienić klientów, którzy płacą faktury naprawdę terminowo. Pozostali dokonują płatności z opóźnieniem 1-3-tygodniowym, a są też tacy których windykuję już kilka miesięcy. W wypadku przychodów firmy bardzo sprawdza się zasada niedzielenia skóry na niedźwiedziu.
  • Podatki. 23% VAT, 19% podatku dochodowego, dysonans pomiędzy tym, ile płaci klient, a ile tak naprawdę zostaje na działania dla niego. To są rzeczy oczywiste, ale pracując na etacie nie wiedziałam, że będę je odczuwać tak dotkliwie. Wcześniej do 10-go dostawałam kwotę netto na konto i nic poza tym mnie nie interesowało.
  • Płynność finansowa firmy. Tak jak na etacie żyłam z dnia na dzień, tak w przypadku firmy staram się podwójnie. Nigdy nie wiem, co może się wydarzyć i zabezpieczyć muszę nie tylko siebie, ale również firmę i jej pracowników.

To nie aż taka odpowiedzialność

Większa decyzyjność w oczywisty sposób przełożyła się na większą odpowiedzialność. O tym wiedziałam. Nie przygotowałam się psychicznie na to, że jeśli firma fajnie się rozwinie to w niedługim czasie odpowiadasz nie tylko za siebie. Tak stało się w moim przypadku.

Zawsze miałam w głowie szereg planów awaryjnych, na wypadek gdyby pomysł na biznes nie sprawdził się. Ostatecznie mogę wrócić na etat, czy zmienić profil działalności. Kiedy zostałam pracodawcą, do tych planów awaryjnych wkradł się niepokój, ponieważ częściowo ode mnie zaczęła zależeć również przyszłość moich pracowników. To jest dla mnie zdecydowanie najtrudniejsza rzecz. Rok temu nie sądziłam, że będę zatrudniać ludzi tak szybko i ta odpowiedzialność mnie mocno zaskoczyła. Musiałam uwierzyć w siebie, pozbyć się czarnowidztwa i pogodzić z tym, że działalność to również decyzje kadrowe.

Będę się rozwijać!

W końcu sama będę wybierać szkolenia, a i czasu na naukę będzie więcej. Z tym okazało się być różnie. Staram się stale samodoskonalić, rozwijać umiejętności merytoryczne uczestnicząc w szkoleniach, wydarzeniach branżowych. Dużo tu zależy od mojego zaangażowania. To ja podejmuję decyzję, kiedy zainwestować w szkolenie, kiedy poświęcić czas na naukę. Mam jednak wrażenie, że właścicielom małych firm o jeszcze nieugruntowanej pozycji jest trochę trudniej i muszę mocno starać się, aby nadążyć za tymi „większymi”.

Nabyłam też sporo umiejętności, które niekoniecznie chciałam zdobyć. Nazywam je „papierologią”.

To nie może być aż tak dużo papierologii

Druki ZUS, tony wystawionych pitów, VAT-7k, VAT-UE, faktury przychodzące i wychodzące… i pomimo księgowości nadal strasznie dużo jest na mojej głowie. Wydawało mi się, że wiem, czego mogę się spodziewać, ale myliłam się. Papierologia pochłania sporo czasu, który mógłbyś wykorzystać na pracę dla klientów lub rozwój własny. Niesamowicie mnie to wkurza i jest to pierwsza rzecz, który przychodzi do głowy, jak myślę o wadach self-employmentu.

Całe szczęście satysfakcja z prowadzenia firmy jest nie do zastąpienia. Nigdy nie zmieniłabym decyzji o rozpoczęciu działalności. Wyzwań jest jednak tyle, że ciąg dalszy na pewno nastąpi 🙂